ELŻBIETA ALTEVOGT

Elżbieta Altevogt, z zawodu ekonomistka i germanistka  mieszka na obrzeżach malowniczego miasta Kożuchowa.  Od dzieciństwa fascynowały ją witraże. Artystkę urzekała ich gra kolorów,tajemniczość oraz niepowtarzalne piękno. Na pewnym etapie życia postanowiła zrealizować swoje marzenia i nauczyć się sztuki wykonywania witraży. W 2009 roku ukończyła kurs tworzenia witraży w technice Tiffany'ego w poznańskiej firmie „Ozdobnia",prowadzony przez Magdalenę Sawińską –Warych. Otrzymała tam podstawy wiedzy w zakresie opanowania techniki cięcia i szlifowania szkła oraz operowania narzędziami do ich obróbki. Jeszcze w tym samym roku zorganizowała swoją pracownię i realizowała się w dziedzinie witrażownictwa.Nie poprzestała na tym i postanowiła dalej się dokształcać w tej dziedzinie. W 2011 roku uczęszczała na kurs zawodowy w renomowanej firmie „Artinterior" w Pracowni Witraży „Tiffany Studio" w Łodzi,posiadającej ministerialne uprawnienia do kształcenia zawodowego. Rangę firmy podnosi osoba  Grzegorza Gierłowskiego, znanego  artysty witrażownika, prowadzącego wykłady w tej dziedzinie.  Ukończenie tego kursu dało artystce  uprawnienia do wykonywania zawodu witrażysty i konserwacji witraży w technice Tiffany'ego (z użyciem do łączenia szkła taśmy miedzianej) i technice klasycznej (połączenia w ołowiu). W 2013 roku pojechała do Legnicy do Pracowni Witraży  Zbigniewa Brzezińskiego. Nauczyła sie tam malowania witraży tworzonych metodą klasyczną.                              

Artystka najchętniej pracuje w technice Tiffany'ego, bo daje jej większe możliwości w zakresie wzornictwa. Pozwala tworzyć prace misterne, drobne, czasem trójwymiarowe, a przy tym bardziej wytrzymałe. Zainteresowała się także ozdabianiem używanych szklanych rzeczy. Ten swojego rodzaju recykling pozwala tworzyć zupełnie nową jakość i  daje nowe przeznaczenie zużytym już szklanym przedmiotom. Wszystkie prace wykonuje według stworzonych przez siebie wzorów. Swoje umiejętności przekazała córce. Elżbieta Altevogt ma małą,ale własną pracownię pod nazwą"Altevogt Studio Witrażu"w Kożuchowie.Jest też członkiem Stowarzyszenia Miłośników Witraży „Ars Vitrea Polona" z siedzibą w Krakowie.

Drugą dziedziną artystyczną, którą uprawia Elżbieta Altevogt jest malarstwo.Na tym polu jest amatorką poszukującą własnej drogi. Sama zdobywała wiedzę z zakresu historii sztuki, malarstwa i technik malarskich. Eksperymentuje najchętniej z farbami olejnymi poszukując tematyki i techniki, która  ją najbardziej zafascynuje. Wcześniej zdarzało się jej wykonywać portrety osób znajomych w technice trios crayons(rysunek). Jednak farby olejne dają artystce większą przestrzeń do manewrowania. Tworzenie obrazu zabiera jej  sporo czasu, bo wciąż jeszcze się uczy. Nie kopiuje obrazów wielkich mistrzów, raczej dąży do wypracowania własnego stylu i techniki. Waha się między techniką malowania szpachlą i grubszą warstwą farby  a precyzyjnym malowaniem pędzlem z wieloma laserunkami. Zachwyca się przyrodą, krajobrazem, także kompozycjami z martwą naturą i te tematy stara się przenosić na płótno. Lubi malować światło i dąży do wiernego przeniesienia jego barw na płótno. Artystka stosuje wszystkie barwy wynikające z potrzeby wewnętrznej. Uwielbia obrazy Karola Bąka, Włodzimierza Wolegowa, Justyny Kopani i prace impresjonistów.

Elżbieta Altevogt brała udział w Wystawie Zbiorowej Artystów Niezależnych w Węgierskiej Górce ( 2010), miała wystawę indywidualną na Zamku w Kożuchowie (2012), w Muzeum Miejskim w Nowej Soli(2012/2013), plenerową wystawę w Siedlisku (2013).  

opracowała Barbara Rybińska

___________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________

JÓZEFA CHŁOPECKA

 

Józefa Chłopecka jest córką Piłsudczyka z Krakowa i otrzymała imię na cześć wielkiego wodza. Jej ojciec za zasługi otrzymał ziemię pod Baranowicami na Wileńszczyźnie. Młode małżeństwo przeniosło się do nowego domu i tam założyło rodzinę. Tam przyszła na świat pani Józefa. Kiedy wybuchła II wojna światowa całą rodzinę wywieziono na Syberię. Z tamtych czasów pani Józefa pamięta najbardziej dotkliwe zimno, wielki głód i zupy z pokrzyw. Wróciła do Polski, tak jak inni Polacy bydlęcym wagonem, w 1946 roku wraz z całą rodziną.

Józefa Chłopecka jak poszła na emeryturę zainteresowała się obrazami na drutach. Były to lata dziewięćdziesiąte XX wieku. Wcześniej dziergała swetry i szale dla całej rodziny. Prace na drutach lubiła od zawsze. Dlatego z wielkim entuzjazmem podjęła nowe wyzwanie. Podporą jej zainteresowań okazały się czasopisma. Często wybiera obrazy malarzy polskich - pejzaże, choć nie unika innych tematów. Przy doborze obrazu zazwyczaj kieruje się stopniem trudności wykonania. Szuka technik skomplikowanych świadomie, by z ukończonego dzieła czerpać jak największą satysfakcję i radość. Hobby Józefy Chłopeckiej jest specyficzne, trzeba lubić taką pracę, aby czerpać z niej zadowolenie. Wymaga wielogodzinnego siedzenia w jednej pozie, pierwsze efekty widoczne są dopiero po kilku dniach. Zgromadzenie włóczki to najtrudniejszy etap prac. Do tej pory pani Józefa wykonała ponad 100 obrazów. Na jeden przeznacza ok. 10 godzin dziennie przez dwa do czterech tygodni. Obdarowuje nimi swoich bliskich. Chciałaby, aby obrazy pozostały w rodzinie, a jak już jej nie będzie, by były przekazywane następnym pokoleniom.

opracowała Barbara Rybińska

_________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________

LUDWIK OLEKSY

PTAKI, MARZENIA I RZEŹBY

Ludwik Oleksy jest synem cieśli i po ojcu odziedziczył zamiłowanie do drewna. Będąc dzieckiem wyczarowywał z drewna przeróżne figurki, a wspierał go w tym jego nauczyciel ze szkoły podstawowej. Nigdy nie zrezygnował ze swojej pasji rzeźbiarskiej, dzięki temu nasz region zyskał niezwykle utalentowanego twórcę. Niezmiennie od ponad pięćdziesięciu lat rzeźbi. Może już nie te same tematy, niemniej jednak siła tworzenia drewnianych figur jest wciąż taka sama, nadal ten sam entuzjazm, ta sama ekspresja i siła wyrazu, którą przelewa na swoje rzeźby.

W latach pięćdziesiątych Ludwik Oleksy osiedlił się na Ziemiach Zachodnich. Przed przyjazdem, jak większość młodych ludzi w wieku poborowym odbywał służbę wojskową. Skończył nawet szkołę oficerską ze stopniem porucznika. Jednak nie dana mu była kariera wojskowa. Te plany pokrzyżował min. krzyż, który, zabrał ze sobą do wojska. Nie były to jednak jedyne „przewinienia” jakich dopuścił się w wojsku okresu stalinowskiego. W ocenie przełożonych był na tyle „niebezpieczny”, że za sprzeciwianie się dodatkowym szkoleniom politycznym oficerów, za wcześniejszą współpracę z AK, za brak czarnej opaski na znak żałoby po śmierci Stalina, i jeszcze ten krzyż skazany został na pięć lat odosobnienia. Pozbawiono go też na dwa lata praw obywatelskich i honorowych. Zdegradowano do stopnia szeregowca. Gehenna trwała rok. Uratował go „czas odwilży” jaki potem nastąpił w Polsce, co nie znaczy że kłopoty się skończyły.

Wrócił na krótko w rodzinne strony. Miał nadzieję na spokojną pracę. Ale prześladował go wyrok, który miał zadziwiającą moc komplikowania zwyczajnych planów, potrzebnych do ułożenia sobie normalnego życia. Tak się zawsze dziwnie składało, że tracił dopiero co zdobyte zatrudnienie. Pewnego dnia i do niego los się uśmiechnął. Spotkał kobietę swoich marzeń, ożenił się i skorzystał z propozycji pracy na Zachodzie. Osiedlił się na Ziemi Lubuskiej i do dziś mieszka w Zielonej Górze. Do emerytury pracował w Zarządzie Lasów Państwowych jako specjalista służby zaopatrzeniowej.

Ludwik Oleksy będąc dzieckiem wyczarowywał z drewna przeróżne figurki, a wspierał go w tym jego nauczyciel ze szkoły podstawowej. Nigdy nie zrezygnował ze swojej pasji rzeźbiarskiej.Częste udziały w konkursach, plenerach, wystawach w kraju i za granica przysporzyły mu sporo nagród i wyróżnień. W 1969 roku otrzymał Lubuską Nagrodę Kulturalną i to wydarzenie jest najważniejszym w jego życiu artystycznym. W ciągu ponad czterdziestoletniej kariery artystycznej, rzeźbiarz swoimi pracami wzbogacił kolekcje muzealne min. w Bielsku- Białej, Nowym Sączu, Gołuchowie, Zielonej Górze (Ochla) oraz kolekcje prywatne w kraju i za granicą.

W rzeźbach pana Ludwika brak rozwiązań dekoracyjnych. Sylwetki przedstawia schematycznie nie dbając o szczegóły ciała. Rzeźbiarz koncentruje się głównie na przedstawianiu człowieka przy pracy, sporo z nich dotyczy zwyczajów i obrzędów ludowych, interesujący jest cykl rzeźb zatytułowany „Matka”. Prace Ludwika Oleksego mają formę szczerą i spontaniczną, nie stylizowaną. Tylko nieliczne figury są malowane, zwłaszcza ptaki. Pan Ludwik lubi ptaki, ich śpiew jest dla niego ukojeniem duszy. Słyszy i ogląda ptaki nie tylko w naturze, ale również w marzeniach sennych. Dla Ludwika Oleksego powracający do niego sen o ptakach zawsze oznaczał dobre nowiny. Nie próbował go jeszcze przełożyć na rzeźbę, choć ma taki zamiar. Nigdy jednak nie udaje mu się dostatecznie go zapamiętać. Ale wierzy, że nadejdzie taki moment, kiedy będzie mógł wyrzeźbić swoje marzenie senne.

W dorobku pana Ludwika jest sporo wystaw indywidualnych i 40 wspólnych z innymi twórcami nieprofesjonalnymi w kraju i za granicą. Rzeźbiarz mimo już starszego wieku nadal rzeźbi i pozostaje aktywny nie tylko na polu artystycznym. Udziela się w Polskim Towarzystwie Ludoznawczym, Stowarzyszeniu Twórców Ludowych i Związku Więźniów Politycznych Okresu Stalinowskiego.

Najbardziej wierny pozostaje jednak rzeźbie, bo rzeźbiarstwo to pasja, której warto się poddać, a nawet poświęcić życie. Tu nie ważny jest wiek, ale talent i zamiłowanie do drewna. Trzeba pokochać te nieregularne kloce, uważać by ich nie „zranić” przy rzeźbieniu, nie pogwałcić naturalnej harmonii słojów i sęków. Ludwik Oleksy w 1992 roku został zrehabilitowany przez Sąd Śląskiego Okręgu Wojskowego. Przywrócono mu wszystkie tytuły zabrane w 1953 roku. Prezydent Polski w 2004 roku uhonorował Ludwika Oleksego złotym krzyżem zasługi za działalność w ruchu kombatanckim.

Natomiast za dokonania artystyczne rzeźbiarz w 2006 roku otrzymał nagrodę Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

opracowała Barbara Rybińska

_____________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________

WŁADYSŁAW TOMCZAK

Wspomnień tak wiele, ale jednak za mało….

Dziś o Panu Władysławie Tomczaku można mówić tylko w czasie przeszłym. Po ciężkiej chorobie odszedł od nas na początku listopada 2010 roku. Pozostało nam tak wiele wspomnień, ale jednak za mało by wypełnić pustkę jaką po sobie zostawił.

Trzydzieści lat temu po raz pierwszy przyniósł swoje prace do Muzeum Etnograficznego w Zielonej Górze z siedzibą w Ochli. Były to wycinanki, które od razu wzbudziły wielkie zainteresowanie pracowników muzeum. Na białym papierze naklejone zostały starannie wycięte ażurowe, jednokolorowe koła. Przypominały „gwiozdy kurpiowskie”. Okazało się, że autor tych pięknych prac pochodził z Ziemi Kurpiowskiej. Dopiero w 1966 roku osiedlił się w Zbąszyniu, gdzie mieszkał do końca swych dni.

Kultura ludowa towarzyszyła mu od dziecka. Był członkiem zespołu „Dzieci Płocka”. Jako nastolatek uczestniczył w obozach wędrownych, podczas których wraz z innymi zbierał fragmenty autentycznych strojów ludowych, zapisywał pieśni i obrzędy Ziemi Kurpiowskiej. Na bazie zebranych materiałów powstało wiele inscenizacji obrazujących zwyczaje ludowe min. „Wesele Sierpeckie”. Podczas penetracji wsi Myszyniec, Kadzidło, Tatary po raz pierwszy zobaczył wycinanki wykonywane nożycami do strzyżenia owiec. Wtedy to, będąc jeszcze uczniem szkoły podstawowej postanowił sam wykonać podobną wycinankę. Ćwiczył dużo i wytrwale. Po wielu próbach udało mu się w końcu stworzyć niezłą pracę.

Miał nieprzeciętne zdolności manualne, smykałkę do ręcznych prac i duszę artysty. Podobało mu się dziedzictwo kulturowe regionu, które mógł poznawać empirycznie. Wiedział skąd pochodzi, gdzie i jak szukać swoich korzeni, a co ważne nigdy się ich nie wyrzekał.

Z takim bagażem kulturowym przyjechał na Ziemie Zachodnie. Jak wielu osadników zmagał się z życiem codziennym, ale jak niewielu z nich postanowił ze swoimi umiejętnościami wyjść na zewnątrz. Dusza artysty nie pozwalała zaprzepaścić talentu w codziennych, rutynowych czynnościach.

Lubił wycinać w kolorowym papierze coraz bardziej skomplikowane wzory. Doskonalił swoją technikę, gromadził potrzebne mu narzędzia i materiały, pogłębiał wiedzę za pomocą książek oraz różnych dostępnych artykułów.

Siadał w swoim fotelu i projektował coraz to inne kompozycje, które wycinał w papierze natychmiast. Pracował nożyczkami chirurgicznymi osiągając efekt cięcia niezwykle precyzyjny. Oglądając wycinankę z pewnej odległości, trudno ją odróżnić od rysunku komputerowego.

Z charakterystyczną dla niego dokładnością zainteresował się wycinanką łowicką. Wykonane przez Władysława Tomczaka wielokolorowe kodry, gwiozdy czy kółka są wręcz pedantycznie dopracowane.

Podobnie pracował przy pisankach. Zainteresował się nimi na serio dopiero w połowie lat osiemdziesiątych. Szybko jednak doszedł do mistrzowskiej precyzji wydrapywania wzoru za pomocą skalpela. Najpiękniejsze wzory podpatrzył na Śląsku Opolskim. Potem zaczął naklejać na jajko kolorowe wycinanki z papieru. Efekt był i jest nadal zawsze doskonały, wzbudzający niekłamany podziw nad umiejętnościami twórcy.

Władysław Tomczak, laureat wielu nagród i wyróżnień w konkursach, uczestnik wystaw zbiorowych i indywidualnych nie ograniczał się tylko do tworzenia. Swoją wiedzą i umiejętnościami chętnie dzielił się z dziećmi i młodzieżą szkolną podczas warsztatów, pokazów oraz lekcji muzealnych prowadzonych w kraju i za granicą przez muzea i placówki kulturalne.

Władysław Tomczak, podobnie jak większość twórców Ziem Zachodnich, wniósł do sztuki ludowej i amatorskiej nową jakość. Wynika ona z wzajemnych bliskich kontaktów ludzi przesiedlonych z różnych regionów Polski. Na bazie sztuki ludowej wywodzącej się z rozmaitych tradycji wytworzyła się zupełnie nowa sztuka regionu, adekwatna współczesnym czasom. Jej twórcami byli tak uzdolnieni ludzie jak Władysław Tomczak. Jego twórczość zawiera wiele elementów tradycyjnej sztuki ludowej połączonej z własnymi pomysłami. Zachwycają się nią plastycy, etnografowie i wszyscy, którzy choć raz zetknęli się z twórczością Władysława Tomczaka. Jego niezwykłe zaangażowanie w przekaz pokoleniowy owocował dużym zainteresowaniem młodzieży w kraju i za granicą specyficzną kulturą naszego regionu, a szczególnie na ziemi lubuskiej. Nie unikał uczestnictwa w prezentacjach sztuki ludowej i rękodzieła podczas różnych muzealnych imprez plenerowych nawiązujących do dziedzictwa kulturowego. Można śmiało powiedzieć, że prace Władysława Tomczaka były i są nadal wizytówką naszego regionu.

Nie ma go już wśród nas, nie poprowadzi już więcej warsztatów muzealnych, nie weźmie też już udziału w jarmarkach rękodzielniczych, nie przyjedzie więcej do naszego muzeum, nie przywita się już więcej z nami muzealnikami.

W jego imieniu przemawiać będą już tylko jego piękne wycinanki i pisanki. Pozostawił w zbiorach muzealiów swoje wyjątkowe dzieła nawiązujące do sztuki ludowej. Nam wszystkim zawsze będą przypominały niezwykłego człowieka o niezwykłym talencie artystycznym.

opracowała Barbara Rybińska

 ________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________-

 

ZOFIA MONCZAK

Prawie przez cale życie mieszkała w Zielonej Górze, choć urodziła się we wsi Berest w powiecie Nowy Sącz. Na Ziemię Lubuską przyjechała z rodzicami jako 6 - letnia dziewczynka.

W dorosłym życiu związała się z zakładami Lumel w Zielonej Górze, wyszła za mąż, założyła rodzinę. Jednego nie zmieniła przez całe swoje życie – zamiłowania do wykonywania pisanek. Nie wyobrażała sobie świąt wielkanocnych bez pięknie zdobionych jajek. Kontynuowała tradycje rodzinne. A dom rodzinny pani Zofii Monczak od pokoleń był miejscem, w którym kobiety przed Wielkanocą nanosiły pracowicie piękne, łemkowskie wzory na delikatną skorupkę jajka. Nie do pomyślenia było jeść na Wielkanoc zwykłe jajka, ugotowane na twardo. Wszystkie musiały być barwione i zgodnie z tradycją robiło się je w Wielki Piątek i Wielką Sobotę. Tę tradycję pani Zosia przeniosła do swojego domu, nanoszenia wzorów na delikatne wydmuszki nauczyła też swoje dzieci.  Zofia Monczak bardzo lubiła pisać pisanki. Ta praca dawała jej zadowolenie i relaks. W realizowaniu się na artystycznym polu nie przeszkadzała jej praca zawodowa ani obowiązki w domu. Długie lata współpracowała z Cepelią. Potrafiła w ciągu roku wykonać trzy tysiące pisanek dla Centrali Przemysłu Ludowego i Artystycznego.

Odpoczynek, także odprężenie fizyczne i psychiczne dawała jej też współpraca z Muzeum Etnograficznym w Zielonej Górze z/s w Ochli.

"Przez długie lata pokazywała dzieciom i młodzieży sposób nanoszenia wzorów techniką batikowo – szpilkową, na delikatną skorupkę jajka." Robiła to podczas lekcji i pokazów muzealnych, organizowanych głównie przez dział oświatowy w naszym Muzeum. Z wielkim spokojem i wyrozumiałością tłumaczyła początkującym pisanie wzorów, jednocześnie poprawiając ich jeszcze nieporadne kreski. Zawsze uśmiechnięta, otwarta i niezwykle cierpliwa, widać było, że takie zajęcia sprawiają jej przyjemność.

Po raz pierwszy do muzeum przyszła w 1976 roku. Przyniosła swoje delikatne arcydzieła na konkurs rękodzieła ludowego i artystycznego. Wtedy jej prace zajęły pierwsze miejsce w dziedzinie plastyki obrzędowej. Od tego też czasu rozpoczęła współpracę z naszą instytucją, która trwała do niemal ostatnich dni życia pani Zosi. Od tego też czasu wielokrotnie uczestniczyła w wielu konkursach organizowanych przez różne muzea i stowarzyszenia w Polsce. Nie zabrakło jej prac na licznych wystawach pisanek i plastyki obrzędowej w kraju oraz za granicą. Uczestniczyła w wielu jarmarkach i pokazach zarówno w Polsce jak i poza jej granicami. Była nieformalnym ambasadorem tradycyjnej, obrzędowej sztuki łemkowskiej. Niezwykle skutecznie popularyzowała ją w ojczyźnie, a przede wszystkim tu, na ziemi lubuskiej, która nieoczekiwanie stała się jej miejscem zamieszkania.

 

Pisanki robiła jej prababka, babka, mama, teściowa, potrafią jej dzieci, choć już trochę inaczej, po swojemu. Wszystkie wykonywały arcydzieła, które były symbolem wielopokoleniowej tradycji i cząstką łemkowskiej kultury. Te pisanki były jej znakiem rozpoznawczym. Pragnęła utrzymać ciągłość rodzinnych zwyczajów, a także rozwijać te wartości w kolejnych pokoleniach. Pani Zosia miała marzenie – wykonać pisankę na strusim jajku techniką batikową. A to nie łatwa sprawa, ze względu na fakturę skorupy jak i na wielkość. Swoje pragnienie spełniła w 2008 roku, pokazując dzieło na wernisażu wystawy pt. ”Wokół pisanki”w Muzeum Etnograficznym w Ochli ”.Niezwykle efektownie prezentował się tradycyjny wzór na tak dużej wydmuszce. Artystka wykazała się niezwykłym kunsztem, doprowadzając swoje umiejętności do perfekcji. Pani Zofia Monczak odeszła od nas nagle, w czerwcu 2009 roku. Pozostawiła po sobie pisanki w zbiorach muzealnych, a przede wszystkimi wspomnienia wspaniałej współpracy z wyjątkowym człowiekiem.

 

 

opracowała Barbara Rybińska