Jestem trochę, jak ta pszczoła
Kazimiera Zambroziewicz – przędzenie na kołowrotku
Proszę opowiedzieć o sobie..
Mieszkam w Broniszowie. Z zawodu byłam nauczycielką: polonistką i muzykiem, prowadziłam również chór szkolny. Moi rodzice pochodzili ze Wschodu. Mieszkali w miejscowości Kosów, dziesięć kilometrów od Buczacza. Na Ziemie Zachodnie rodzice przyjechali po wojnie i ja się urodziłam w 1949 roku w Kożuchowie. Od dziewięciu lat pokazuję tkactwo w Muzeum Etnograficznym, ale do skansenu przyjeżdżałam już wcześniej.
Jak się zaczęła Pani przygoda z kołowrotkiem?
Razem z mężem pracowaliśmy zawodowo, ale mieliśmy dwa hektary ziemi i pół hektara lasu, więc zaliczono nas do rolników. Przyszedł stan wojenny i była reglementacja żywności. Kupiliśmy wtedy krowę, by mieć masło i sery oraz owce, w celu posiadania własnego mięsa, a później też wełny. Miałam również drób: gęsi, kaczki, indyki. Interesowałam się już wtedy robótkami ręcznymi, szydełkowałam. Dzieci rosły więc zaczęłam też robić na drutach. Moja mama przędła na kołowrotku i ja ją najpierw trochę podglądałam, a później sama mi pokazała, jak się to robi i po czasie już samodzielnie przędłam. Najpierw kupowałam wełnę w Cepelii, ale ona była droga. Później miałam już własną wełnę od swoich owiec, kupiłam też kołowrotek. Z wełny robiłam dzieciom swetry. Szyłam też spodnie i kurtki, bo nie było nas wtedy stać, żeby te ubrania kupić.
Na czym dawniej polegała praca prządki?
Wełnę trzeba było zawieźć do grępralni i zgręplować, czyli roztrząsnąć ją i oczyścić, by wyleciały z niej brudy. Nie mogła być wyprana, bo tylko wtedy, kiedy jest tłusta można ją skręcić. Trzeba z tej wełny uprząść nić na kołowrotku. Pracują wtedy ręce i nogi. Ręka skręca nić, a noga uruchamia pedał, który napędza koło. Kiedy uprzędłam wełnę nawijałam ją w małych ilościach na krzesło, bo nie miałam motowideł i wiązałam w trzech miejscach. Później dopiero trzeba było tę wełnę wyprać w płatkach mydlanych i wysuszyć na słońcu, a następnie nawinąć na motek.
Czy ta umiejętność daje Pani satysfakcję?
Kołowrotek, druty, szydełko… to mnie uspokaja i cieszy. Ten mój kołowrotek, kupiony przeze mnie w Cepelii w Zielonej Górze w stanie wojennym, zostanie w mojej rodzinie, bo jeden z moich synów umie prząść.
Przędzenie to praca rąk, nóg i umysłu. Co powiedziałaby Pani tym, którzy chcieliby spróbować tego rękodzieła?
Na początku w mojej nici były boucle, była nierówna, ale cieszyłam się, bo zrobiłam ją sama i to dawało mi satysfakcję. Pierwszy zrobiony przeze mnie sweterek był mi bardzo drogi, bo włożyłam w tę pracę, którą kochałam, wiele serca. Ważne też było, że to jest własne, naturalne, a nie sztuczne. Było czasem tak, że szyjąc zrobiłam zły wykrój, ale nie poddawałam się. Nauka kosztuje. Pojechałam do sklepu, kupiłam materiał i potem już wykroiłam, jak trzeba. Uczyłam się na błędach.
Oprócz rękodzieła ma pani też inną pasję…
Mój tata był pszczelarzem, miał piętnaście uli. Podglądałam, jak zajmował się pszczołami, podobnie, jak podpatrywałam mamę przy kołowrotku. Tata umarł we wrześniu 1983 roku, w czasie kiedy trzeba karmić pszczoły na zimę. Przejęłam pasiekę taty, ale nie wiedziałam, jak to się robi, pomógł mi znajomy, który się na tym znał. Dziś sama mam dziesięć uli. Zajmuję się już pszczołami ponad czterdzieści lat. Wszystko przy nich robię sama. Praca w pasiece jest żmudna tak, jak przy kołowrotku, ale ja to kocham i sama jestem trochę, jak ta pszczoła.
***
Wywiad został przeprowadzony podczas wydarzenia „Ginące zawody i umiejętności” w 2024 roku przez Katarzynę Buganik.
Serdecznie zapraszamy na tegoroczną edycję wydarzenia, które rozpoczyna się 1 czerwca i potrwa do 4 czerwca, a podczas którego będzie można zobaczyć niesamowitych twórców z całej Polski. Szczegóły wydarzenia znajdziecie TUTAJ.
